• Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
29 czerwca 2022

Lavaredo Ultra Trail – 120 km w górskim raju

Emocje przedstartowe

Wjeżdżając w czwartek, dzień przed zawodami, do Cortiny d’Ampezzo, czyli miejsca startu i mety nadchodzących zawodów, byłem oczarowany majestatycznymi górskimi widokami jakie nasycały moje oczy z każdej strony i wnikały do wnętrza mojej duszy znajdującej w górach coś niezwykłego… A to był dopiero początek piękna tego miejsca, jakie miało na mnie spłynąć przez najbliższe kilkadziesiąt godzin. Za te doznania musiałem zapłacić wysoką cenę, trudem wkładanym w każdy kolejny krok, żeby móc doświadczyć włoskie Dolomity w ultra wydaniu.

Pisanie o doznaniach jakie doświadczają człowieka w górach jest w moim przekonaniu niezwykle trudne. To trochę tak jakby opowiadać o smakach wyrafinowanych potraw przyrządzanych ze składników których nazwy jest nawet ciężko wypowiedzieć. Żadne zdjęcie nie odda perspektywy, bliskości i górskiej wyjątkowości. Żaden film nie pokaże Ci tego czego da się jedynie w górskim otoczeniu doświadczyć osobiście, a jestem przekonany, że doświadczenie to będzie dla każdego inne, wyjątkowe, niepowtarzalne…

W piątek po południu, kilka godzin przed zaplanowanym na 23 godzinę startem, siedziałem przed namiotem rozbitym na campingu Cortina. Tradycyjnie szykowałem całe wyposażenie obowiązkowe wymagane przez regulamin, ubranie oraz rzeczy na depozyt, z których mogę skorzystać na punkcie kontrolnym, zaplanowanym na sześćdziesiąty któryś kilometr. Nie wiedziałem nawet na który. Nie analizowałem odstępów miedzy punktami, ilości przewyższen do pokonania na poszczególnych odcinkach. Nie liczyłem międzyczasów. Zdobyty bagaż biegowo-turystycznego doświadczenia na szczęście mi na to pozwala. Wiem, że 3 żele na 20 km i zapas 1,5 litra picia, wsparty zarówno punktami żywieniowymi jak i górskimi potokami w zupełności zabezpieczy moje podstawowe potrzeby fizjologiczne. Marzyłem o 18 godzinach w trakcie których teoretycznie powinienem pokonać 120 km i łącznie 5800 metrów w górę. Do tego jednak aspektu jeszcze wrócę… Piękno położenia campingu Cortina, czy też każdego innego punktu w okolicy polega na tym, że góry okalają Cię z każdej strony. Miałem wręcz wrażenie, że realizują postawioną przed nimi misję otulania ludzi swoim pięknem, żeby mogli odnaleźć zarówno wewnętrzny spokój, ale też dzięki potędze szczytów pamiętali, że są jedynie malutkimi elementami tego górskiego krajobrazu.

Na start poszedłem z poznanym na polu Polakiem – Michałem. Nasze dzieci spędzały razem czas w dzień, a my po godzinie 22 spokojnym krokiem poszliśmy do centrum miasteczka, gdzie był zaplanowany start w centralnym miejscu przy kościele, którego podświetlana wieża wskazywała zawodnikom miejsce początku przygody już z dużej odległości. Gdyby nie ciemne niebo nad miastem, nic nie wskazywałoby, że jest noc. Oprócz około półtora tysiąca kobiet i mężczyzn szykujących się do startu, obecni byli liczni mieszkańcy, turyści jak i zapewne wiele osób towarzyszących. Muzyka przed startem podgrzewała atmosferę w duecie z głosami konferansjerów. Czuć było wielkość imprezy jak i jej rangę. Od tegorocznej, organizowanej po raz piętnasty edycji całość zawodów wchodzi w skład prestiżowego cyklu UTMB dając jednocześnie możliwość startu w losowaniu do głównego wydarzenia – biegu wokół Mont Blanc – UTMB – jak i innych krótszych biegach organizowanych corocznie na przełomie sierpnia i września we francuskim Chamonix.

Kilka minut przed startem, zrobiło się nieprzyjemnie ze względu na napierający tłok wszystkich zgromadzonych w strefie startu zawodników. Według mnie brakło trochę wyobraźni ze strony organizatorów, że 1500 osób to jest naprawdę sporo i trzeba tą liczbę równomiernie rozmieścić w strefie startu. Wiele osób miało problem z utrzymaniem równowagi, a mój numer startowy został niemalże zerwany z paska. Jest to jeden z dwóch minusów jakie znalazłem w trakcie tego biegu. Jednak doświadczeń pozytywnych jest na tyle dużo, że przyćmiewają one te niedociągnięcia…

3, 2, 1... START

Po uroczystym odliczaniu 10, 9, …, 3, 2, 1, pierwsze minuty prowadzą przez miasto. Wzdłuż trasy stoją licznie setki kibiców, którzy zaczynają się przerzedzać dopiero jak opuszczamy miasto i zaczyna się leśna droga pod pierwsze wzniesienie. Pogoda była fajna – ciepło i stosunkowo niewielka wilgotność powietrza pozwalały na komfort termiczny. Pierwsza górka na trasie to około 600 m w górę szeroką drogą mieszczącą startujący tłum. Problem z pojemnością trasy pojawił się na zbiegu. Wąska ścieżka, normalnie pozwalająca na odważne wyciągnięcie nogi, nie pozwalała w pełni wykorzystać swojego profilu do przemieszczania się w stawce. Po bokach wysokie trawy, noc i sznur biegaczy, uczy mnie cierpliwości. Jednak po pierwszym punkcie około 17 km (gdzie byłem blisko 600 miejsca), a kolejne kilometry były podobne: szerokie podejście i bardzo wąski w większości zbieg, zacząłem prosić spokojnie truchtających w dół o przepuszczenie mnie do przodu, co w większości się udało.W międzyczasie pojawił się niewielki deszcz, który zmusza jednak do założenia kurtki wodoodpornej, za którą szczerze nie przepadam. Nie lubię być jednak mokry, więc pogoda nie pozostawiła mi wyboru. Jak się okazało, było to jednak nie groźne kilkudziesięciominutowe, może dłuższe kropienie z nieba, po którym następował piękny poranek, raczący startujących pojawiającym się wschodem na długim podejściu pod legendarne Tre Cime di Lavaredo.

Podejście ciągnęło się dosyć długo, ale chłód poranka dawał energię i każdy z zawodników równo i energicznie pokonywał kolejne metry do szczytu wzniesienia, aż przed oczami zaczął malować się pejzaż Tre Cime. Delikatne, miękkie światło poranka, głęboki błękit nieba niczym greckie morze wcinające się w urokliwe zatoczki, ostry jak kamienie pod nogami horyzont. Przy schronisku u podnóża uzupełniłem picie i zacząłem obiegać zgodnie z trasą biegu ikoniczny masyw wzbijający się pionowymi ścianami ponad ścieżkę. Spodziewałem się, że z drugiej strony, dzięki lepszej perspektywie i przysłoniętemu przez góry słońcu widok może być jeszcze lepszy. Tak też było i właśnie tam czekali na zawodników fotografowie biegu, między innymi nasz, regularnie odwiedzający tą imprezę Jan Nyka. Niestety, poza granicami Polski, najczęściej za zdjęcia z zawodów trzeba dodatkowo zapłacić, co w Polsce najczęściej dostajemy w ramach opłaty startowej. Tutaj jest to około 50 euro za pakiet zdjęć. Ja na szczęście zabrałem swoją kamerę, którą uwieczniłem kilka momentów, żebym mógł się nimi z Tobą podzielić.

Razem z mijanym Tre Cime w okolicach 55 km rozpoczynał się fajny zbieg ponad 1000 m w dół, na którym jeden z naszych licznych rodaków zainspirował mnie do dłuższych kroków w dół i tym samym kontynuowałem przesuwanie się w stawce, tak żeby na punkcie będącym przepakiem (około 66 km) być na 356 miejscu. W depozycie jak zwykle miałem wszystko co mogłoby mi być potrzebne, ale zabrałem tylko nową porcję kilkunastu żeli na resztę trasy i uzupełniłem picie. Niespecjalnie miałem apetyt na jedzenie mimo dobrze wyposażonych punktów.

Kolejnym punktem na trasie było kilkusetmetrowe łagodne podejście po którym miało nastąpić ostateczne upokorzenie moich wysiłków i marzeń o zakończenie biegu w zakładanym czasie. To właśnie około 82 km rozpoczynała się mozolna wspinaczka na 2400 m trwająca ponad 10 km. Wiem doskonale, że nie brzmi to strasznie, bo to tylko 100 m wzniesienia na kilometr. Jednak te ponad osiemdziesiąt kilometrów pokonanych wcześniej odbiły się zarówno na spadku dynamiki każdego ruchu oraz na kondycji psychicznej, która zazwyczaj stanowi tytanowy filar mojego ultrasowania. Nasilający się upał, który przypiekał od góry jak i jednocześnie raził słonecznym światłem odbijając się od białych kamieni, sprawiał, że nie widziałem końca. Metry dłużyły się niesamowicie. Minuty mijały nieubłagalnie, a ja miałem wrażenie, ze stoję w miejscu. Jedyne co mnie podtrzymywało, to widok, że innym też jest na prawdę trudno. Wszelkie zrywy i próby wyprzedzania kończyły się podobnie – postojem. Ja tych prób nie podejmowałem. Noga za nogą, krok za krokiem. Powoli i systematycznie starałem się być ciągle w ruchu, robiąc jedynie dwa przystanki na uzupełnienie wody w potoku i na punkcie z samą wodą kilkaset metrów przed przełęczą będącą końcem tego ciągnącego się ponad 2,5 godziny podejścia. Dla mnie był to najtrudniejszy fragment. To co pomagało mi przetrwać to nieprawdopodobny majestat gór otaczających mnie z lewej i prawej strony z racji, że całe podejście ciągnie się bajecznie piękną doliną z szemrzącym w jej niższej części potokiem. Pamiętam jak marzyłem, żeby móc sobie usiąść na kamieniu, zanurzając w nim zmęczone nogi. Odpocząć…

Cudowny zbieg z panoramą gór w koło do punku usłanego kibicami i turystami odświeżył mnie mentalnie. Pozornie w miarę niegroźna końcówka trasy to jedno mocne podejście 500 m i trzy mniejsze po około dwieście metrów każde. Normalnie tego bym tego nie odczuł, jednak każdy krok pionu w górę po kilkunastu godzinach wysiłku jest bardzo dużym kosztem dla organizmu. Jednak wiedziałem co kryje się na końcu. To miała być nagroda za włożoną wcześniej pracę. Za litry wylanego potu. Za walkę ze słońcem, metrami pionu, swoimi słabościami. Była to nagroda pocieszenia, że mimo braku energii na podejścia w drugiej części trasy mam jeszcze jej duże pokłady na ponad 11 kilometrowy zbieg do Cortiny. Do mety, przy której czekają na mnie dwie córki z polską flagą. Gdzie czeka żona, która zawsze w dzień czy w noc jest pod telefonem. Opowiada o trasie, o wynikach na poszczególnych punktach, albo o czymś zupełnie zwyczajnym, żeby odciągnąć moje myśli od biegu w chwilach kryzysu i zwątpienia.

I te ostatnie kilometry zleciały mi szybko. Dobijałem swoje nie do końca zmęczone uda kolejnymi krokami w dół z sukcesem mijając jeszcze kilku zawodników. Widok na Cortinę i ostatnie dwa czy trzy kilometry to było mgnienie oka. Pojawiły się uliczki miasteczka, kibice i moi najbliżsi. Przekraczając metę nikt nie wyczytał nazwiska, nie słyszałem komentatora, nie było muzyki. A to wszystko towarzyszyło chwilę wcześniej dobiegającym zawodnikom… I to jest właśnie ten drugi minus za organizację. Może się czepiam, ale takie mam odczucia. Wbiegłem w głośnym aplauzie kibiców ze swoimi dziećmi i narodową flagą po 19 godzinach i 25 minutach co dało mi ostatecznie 225 miejsce na prawie 1500 startujących.

Mój wynik

Poniżej kilka statystyk dla ciekawych detali. Pełne wyniki dostępne są tutaj: https://lavaredo.livetrail.net/.

Na zakończenie

Piękny bieg. Piękne zawody. Wbrew pozorom nie jest to łatwa setka z plusem. Może naprawdę zmęczyć, czego dowodem może być nie ukończenie zawodów w limicie 30 godzin przez 324 osoby. Cudowna mieszanka miłośników biegania górskiego z całego świata. Na 120 kilometrowym dystansie doliczyłem się zawodników z prawie 60 krajów z całego świata. Dolomity mnie zachwyciły totalnie. Nie wiem czy pokonały Maderę, która do tej pory była moim top 1. Nie chcę porównywać. Zupełnie inne miejsca o innych klimacie. Jednak obie destynacje bajkowe i czarujące każdego kto w górach widzi coś więcej…

Pięknym polskim akcentem było zajęcie przez naszą biegaczkę, Katarzynę Solińską, 2-go miejsca zaraz za świetną Mimmi Kotka. Czego jeszcze raz jej gratuluję :).