• Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
08 października 2022

Stu milowe gorczańskie 7 wież we mgle

Sto pięćdziesiąty któryś kilometr. Dzwoniłem do żony, czekającej na mecie będąc na Lubaniu. To był już ostatni szczyt do zaliczenia na trasie. Jeszcze tylko zbieg do Ochotnicy Dolnej, cały czas z górki i meta. To jedynie około 10 km. Powiedziałem: „Wiesz, że zbiegi kocham najbardziej, choćbym konał, to zaraz będę. Maksymalnie godzina i kilkanaście minut…”. Nie dotrzymałem słowa.

Na Gorce Ultra Trail 102 km byłem zapisany od tamtego roku. Chciałem pobiec jesienią coś fajnego, długiego, ale nie do końca wiedziałem co. UTMB, szwajcarska Monte Rosa, może coś innego. Zatem ta gorczańska setka była bezpiecznym wyborem jako zawody na początku sierpnia. Tym bardziej, że już tam biegłem w 2020 i czułem, że wcześniejsze 13 godzin i kwadrans jest do poprawy. 

Finalnie z trzeciego podejścia do losowania na UTMB zrezygnowałem, Monte Rosa nie zorganizowała dystansu przeze mnie pożądanego, czyli 100 mil. W międzyczasie pojawił się jednak w szalony pomysł organizacji wyjazdu na Reunion i Diagonale des fous. Start 20 października, jeden z najtrudniejszych stu milowych biegów świata z limitem na ukończenie 66h! Cudownie! Tyle, że moja ultra rodzina to 4 osoby, a zawody są na półkuli południowej i jakoś, i za coś trzeba się tam dostać… (zerknij proszę na ostatni akapit).

Organizatorzy gorczańskich biegów ogłosili wiosną, że robią poza klasyczną setką, bieg stu milowy: Bieg 7 Wież. 164 km i około 8000 m w górę, nie brzmi tak strasznie. W ubiegłym roku na słoweńskim Julian Alps Trail Run, na podobnym dystansie, ale z przewyższeniami prawie 10000 m w górę byłem drugi i przeżyłem. Będąc już w trakcie organizacji wyjazdu na Reunion uważałem, że to świetny pomysł: 100 mil na początku sierpnia, odpoczynek, wyciągnięcie wniosków z biegu, a następnie podporządkowanie życia pod start 20 października, pod zawody na tropikalnym Reunion.

Gorce i okoliczne góry są piękne. Nie za wysokie, nie za niskie. Takie po prostu fajne. Pasujące. Podejścia na zarzynają, ani długością, ani pionem. Zbiegi są biegalne. Ładne widoki, na Gorce, Tatry czy Beskid Sądecki nasycają turystę czy biegacza swoją estetyką pod sam korek”. Zapowiadała się fajna przygoda, tym bardziej, że po ostatnim starcie na 120 km w Lavaredo Ultra Trail we włoskich Dolomitach byłem całkowicie wypoczęty. Minęło zresztą osiem tygodni, a to wystarczająca ilośc czasu na właściwą regenerację.

Trasa wiodła przez 7 szczytów Lubań, Magurki, Mogielica, Gore, Modyń, Koziarz i Radziejową. Od Lubania przygoda się zaczynała i na Lubaniu kończyła. Po drodze pojawiło się wiele innych miejsc jak m. in. Przechyba i to dwukrotnie. Nie opiszę drogi czytelniku dokładnie trasy. Kiedy i gdzie się skręca i jakie drzewo rośnie. Nie rejestruje tego. W trakcie skupiam się na interakcji siebie z sobą, z trasą, górami, lasem, przyrodą. 

Wieczorny, kameralny start w piątek o 22 rozpoczął przygodę. Kilkadziesiąt osób, ruszyło odważnie do przodu, bo i pierwsze kilometry do tego śmiało zachęcają: asfalt z górki. Było trochę konwersacji, wymiana spostrzeżeń i każdy zaczął swoją przygodę i w swoim tempie podejściem na Lubań. Ja oddałem się wtedy trasie. Kilometry wchodziły nocą fajnie i z dużym luzem. Ogólnie uważam, że zwykły amator na tak długim biegu nie powinien się napinać. To może grozić DNF-em, który tak często ozdabia nazwiska osób na listach wyników w „nagrodę” za lekceważenie trasy, dystansu i przeszacowanie własnych umiejętności. Oczywiście są też problemy zdrowotne, które uniemożliwiają kontynuację rywalizacji z własnymi słabościami lub innymi biegowymi marzycielami. Jednak moim zdaniem to jest mniejszość, mimo, że nie mam na poparcie tej tezy, żadnych dowodów.

Dla mnie każdy bieg ma swój początek. Taki drugi. Początek tylko mój i dla mnie. On nie ma wystrzału startera. Brak odliczania. Jego inauguracja jest cicha. Oznacza, prawdziwy początek ultra. Wtedy to głowa zaczyna grać pierwsze skrzypce. To od niej, nie od nóg, zależą bardziej moje dalsze losy. To głowa podejmuje decyzje. Ona zarządza ciałem, które w momencie tego mojego osobistego startu, jest zazwyczaj zmęczone, a czasem na granicy wyczerpania. Decyzje jakie ona podejmuje, mogą decydować o każdej kolejnej minucie zmagań lub też je przedwcześnie zakończyć. Smaku tego drugiego, potocznie zwanego DNF (did not finished), jeszcze nie poznałem mimo prawie już 30 ultra startów, z czego chyba tylko 3 czy 4 były na dystansie krótszym niż 100 km. Pewnie ten DNF jest kwestią czasu. Jednak na razie odciągam to w bliżej nieokreśloną przyszłość, z naiwną nadzieją, że mnie może nie spotka. 

I tutaj ten bieg zaczął się pod Przechybą. Podejście nie jest najprzyjemniejsze. Ciągnie się, momentami jest strome. Ten 110 czy sto 115 kilometr był moim właściwym startem. Zaczęła zanikać jakakolwiek dynamika. Nogi powoli nie chciały odrywać się od podłoża, którego skomplikowaną strukturę czułem coraz bardziej. Tą niby końcówkę podzieliłem sobie na w miarę znane etapy. Porcjowanie dystansu bardzo mi pomaga. Spojrzenie na całość wyzwania w jednej porcji, niszczy. Poniewiera już na początku. Nikt normalny nie biega po 100 czy 170 kilometrów. To jest nie ludzkie! Jednak spojrzenie na to z perspektywy mniejszych odcinków i koncentracja w danym momencie głownie na nim bywa zbawienna. I tak wtedy, podchodząc pod Przechybę, miałem jeden cel, trochę się zagrzać w schronisku i zjeść coś ciepłego na punkcie, który był w jego środku. 

Robiło się coraz chłodniej. Sobotnie popołudnie obfitowało w mgłę i chłodny wiatr, który doprowadzał do wytrącania się kropli wody z chmur na napotkanych drzewach. Miałem wrażenie, że pada. Jednak to był taki deszcz istniejący tylko pod drzewami, z których po prostu lało. Martwiło mnie to. Zaczynałem się najzwyczajniej w świecie bać. Podjąłem ryzyko biegu bez plecaka. Miałem na sobie koszulkę na ramiączkach i pasek biegowy z absolutnym minimum. Lubię tak. Może to wyglądać trochę nieprofesjonalnie z boku, jednak dosyć dobrze znam już swoje limity. Przebiegłem tak nawet 240 km w 2021 i uważam, że właśnie dlatego, że było to na lekko, udało mi się zająć 10 miejsce. 

W schronisku zjadłem. Poczułem się lepiej i mocniej. Przechyba, jak się okazało była dla mnie bardzo ważnym punktem. Spotkany tam Daniel Stroiński, powiedział, że jak się uwinę to maksymalnie za dwie godziny jestem tu z powrotem. Od Przechyby musiałem, pobiec na Radziejową, odhaczyć kolejną wieżę i wrócić. To było około 10 km trochę w dół i w góre, ale wiedziałem, że trzymając tempo szybciej wrócę do schroniska na kolejna porcję ciepłego jedzenia i zacznę zbiegać na dół do Krościenka. I nie o samo Krościenko chodziło. Być mi naprawdę zimno, a im niżej tym cieplej. Każde 100m wysokości to około 1 stopień różnicy. Każda godzina, to coraz większe zmęczenie, więcej czasu w nocy, mniej wypoczynku po mecie. I mgła. Być wszędzie. Była jak zły duch gór chcący schować przede mną trasę, drzewa, ziemię z kamieniami wykrzywiającymi kostki, ale jednocześnie i oznakowanie, które i tak było dosyć skąpe i słabo widoczne. Była gęsta. Dzięki swojej, naprawdę mocnej czołówce, widziałem dobrze, jedyne nieprzebraną ilość mgły. Ślad trasy na zegarku włączałem sporadycznie wiedząc, że moja przygoda może się przedłużyć i chciałem zachować baterię jak najdłużej żywą. W lesie między Przechybą a Krościenkiem trasy się schodziły. To było widać na mapie. W terenie nie. Zegarek mówił, że jestem poza szlakiem, ale nie widziałem odbicia do Krościenka. Nie wiedziałem nic. Mgła. Spotkałem innego zawodnika który dopiero zmierzał na Przechybę. Był więc pewnie około dwudziestu kilometrów za mną. I tak jak ja, nie widział gdzie jest szlak. Dosłownie krok po kroku oglądaliśmy drzewa w poszukiwaniu oznaczeń. Szlak turystyczny był niewidoczny. Oznakowania biegu również…, bo nie miały elementów odblaskowych, które byłyby zbawienne w tej patowej sytuacji, o ile ich delikatny blask w świetle latarek dałby radę unicestwić nieprzeniknioną mgłę. 

Irytowała mnie moja bezradność, która jednak dobiegła końca, dzięki powoli wytracanej wysokości. Tym samym zbliżałem się do ostatniego punktu w Krościenku. Miałem nadzieję, że spotkam tam pomocną duszę, bo moja latarka dawała znać, że potrzebuje wymiany baterii, której nie miałem. Jednak punktu, w Krościenku tez nie mogłem znaleść, tym jednak razem już przez zmęczenie. Do tej pory nie wiem, kto pożyczył mi latarkę… Najprawdopodobniej ktoś z firmy Poltrax, która obsługiwała uczestników w trackery GPS i pewnie odpowiadała za pomiar czasu. To było zaskakująco miłe. I zaskakujące ogóle, bo jak się okazało, słaba bateria i sygnalizacja wyczerpania była moim złudzeniem we mgle, bo nie tylko dotarłem na swojej czołówce do mety, ale jeszcze zrobiłem na niej dwa lub trzy wieczorne treningi.

 

Ponowne dotarcie na Lubań było bardzo czasochłonne. Byłem zmęczony, nie tyle samym dystansem, ale i przeciwnościami losu: mgłą, błądzeniem, zimnem, dłuższym niż planowałem przebywaniem na trasie również. Moja radość z dotarcia na Lubań, nie trwała długo. Nie zdążyła się nawet w pełni zacząć, żeby się niespodziewanie zakończyć. Nie mogłem odnaleźć się w niewidocznych szlakach, które przecinają szczyt w różne strony. Nie mogłem znaleść ogromnej wieży widokowej. Nie mogłem też pózniej znaleść zejścia z tej góry. Nie było widać nic. Czułem się jak wrzucony do wielkiego garnka wypełnionego gęstym, pełnotłustym mlekiem. Zegarek zakończył swoją działalność przed szczytem, więc nie miałem się nawet jak posiłkować technologią. Irytacja przeplatająca się z bezradnością przegrały jednak z moją narastającą chęcią zakończenia tego biegu. Byłem piąty. Szkoda byłoby to stracić. Jednak nigdy nie byłem tak blisko kapitulacji. Gdyby nie wsparcie telefoniczne żony, która w środku nocy, przyjechała na metę rowerem pięć kilometrów, po to by na mnie czekać, mógłbym mieć szansę na poddanie się po raz pierwszy w życiu na ultra maratońskiej trasie. Jednak moja Katarzyna była stanowcza. Po telefonicznym wywiadzie jaki ze mną przeprowadziła, niczym lekarz badający chorego, zaleciła bezzwłoczne kierowanie się do mety i zakończenie marudzenia.

Udało się i po 29 godzinach, mogłem odpocząć w ramionach żony, finalnie zajmując 5 miejsce wśród mężczyzn i 6 open. Co ciekawe to trzeci bieg, który ukończyłem obok Patrycji Berezowskiej, oddając jej po raz drugi wyższość. Wsparcie bliskiej osoby w tak trudnych momentach potrafi zdziałać cuda, o czym przekonałem się nie po raz pierwszy. Jednak Ona jest naprawdę doświadczonym ultra wsparciem i ma do mnie super działającą instrukcję obsługi.

To była ciekawa przygoda. Szczerze ją polecam bardziej doświadczonym koneserom ultra dystansów. Nie jest to moim zdaniem bieg na debiut w stu milach. Jednak ja się mogę nie znać…

Zdjęcia 1 i 3 pochodzą ze strony Fb organizatora, a ich autorem jest Ultra Lovers – Jacek Deneka.

Zdjęcie 2 na mecie zrobiła organizatorka -Viola Domaradzka, za co dziękuję, jako, że przez prawie 30 godzin nie wpadłem żadnemu fotografowi w ok0 ;).