• Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
12 czerwca 2022

Ultra-Trail Hungary 112 km

Szybki wypad na Węgry. wyczekiwany przez okres lockdownów ponad dwa lata. Nasze 36 godzin to zwiedzanie Budapesztu, zawody i odpoczynek w Szentendre przed podróżą do domu. Da się? Da się!!! Zapraszam 🙂

Większość decyzji jakie podejmujemy ma jakieś fundamenty. Co jest oczywiste, najczęściej są one emocjonalne (niektórzy psychologowie uważają, że wszystkie…), a co najwyżej próbujemy je później umotywować racjonalnymi argumentami. Tak samo było w przypadku decyzji o wyjeździe na największe zawody górskie na Węgrzech – Salomon Ultra-Trail Hungary. Kiedy kilka lat temu startowałem na symboliczne 70 kilometrów z Chyrowej w trakcie Łemkowyny, organizatorzy ogłosili, że ich zawody trafiły jako kandydat do światowego cyklu Ultra Trail World Tour (UTWT). Zgłębiając temat jakie jeszcze imprezy do tego prestiżowego grona aspirują, trafiłem właśnie na węgierską imprezę, która również stała w przedsionku, obecnie już nieistniejącego cyklu UTWT. Kielce – Węgry kilkaset kilometrów… Wtedy powstałą pierwsza myśl, a na liście startowej pojawiłem się jesienią 2019 roku z nadzieją startu w czerwcu 2020… No, ale Covid namieszał wszystkim w planach, a niektórym niestety w zdrowiu i życiu… i po dwóch i pół roku oczekiwania nadszedł czas startu i wyjazdu.

Salomon Ultra-Trail Hungary to największa górska impreza biegowa na Węgrzech. Organizatorzy zapraszają na bieganie od 2015 roku (ze wspomnianą pandemiczną dwuletnią przerwą), proponując bieganie na 30, 54, 83 i 112 kilometrów po górkach w okolicach urokliwego Szentendre, gdzie bije serce całej imprezy. Węgry nie kojarzą się z wybitnymi górami, a profile tras to potwierdzają. Otóż po pierwsze są tam góry należące głównie do Karpat i w praktyce, mimo, że nie pozorne potrafią dostarczyć zarówno emocji jak i dość mocnego zmęczenia.

Ponieważ, jesteśmy pracownikami najemnymi na tak zwanym “etacie”, ilość 26 dni urlopu nie pozwala nam na zbytnie szaleństwa w trakcie roku, więc planując nasze wyjazdy szczegółowo planujemy, jak ten niewielki zapas podzielić, żeby z każdego wyjazdu wycisnąć ile się da. Zazwyczaj jedziemy praktycznie po pracy i wracamy też do pracy… Trochę zaczyna nas to z rosnącym wiekiem męczyć, ale jeszcze dajemy radę :). Na cały wyjazd przeznaczyliśmy niespełna 4 dni z czego na Węgrzech mieliśmy spędzić dosłownie 3 doby.

Budapeszt

Po 12 w południe dojechaliśmy do stolicy. Tylko zostawiliśmy auto obok wynajmowanego mieszkania kilka kilometrów od centrum i pojechaliśmy tramwajem do centrum. Pogoda była idealna na ładne zdjęcia, szorty i chłodnego radlerka w cieniu. Na zwiedzanie, zwłaszcza dla naszym córek 30 stopni to było trochę za ciepło. Jednak wizja pizzy i lodów potrafi z dziecięcym ciałem zrobić wiele. Jedyna rzecz jaką pamiętam z centrum Budapesztu z lat młodzieńczych to budynek parlamentu. Ta neogotycka budowla wznosząca się na prawie 100 metrów wysokości i szeroko rozpostarta nad brzegiem Dunaju robi niesamowite wrażenie. Mimo, że oddana do użytku na początku XX wieku jest ciągle jednym z największych parlamentarnych budowli świata. Warto okrążyć budynek, jako, że każda jego strona daje inne wrażenia, niemniej wszystko na wysokim poziomie. Dodatko z drugiej linii zabudowy od rzeki jest mniejszy niż parlament, budynek Narodowego Muzeum Etnograficznego, który zwraca na siebie uwagę precyzją wykonania, która w połączeniu z błękitem nieba i parkową zielenią tworzą, fajną miejską atmosferę.

Kilkaset metrów dalej przy samej rzece jest pomnik Buty na Brzegu Dunaju. To jest jedno z takich miejsc, gdzie zastanawiam się, czy przyjdzie moment kiedy ludzkość, przywódcy naszej cywilizacji zaczną wyciągać wnioski z błędow historii. Jako idealista widzący wszędzie dobre intencje i naturalne dobro ciągle w to wierzę, chociaż z biegiem lat zdaję sobie coraz mocniej sprawę, jak bardzo utopijny jest to pogląd. Otóż pomnik przedstawia kilkadziesiąt par butów po ludziach zamordowanych przez strzałokrzyżowców w trakcie II wojny światowej. Była to węgierska organizacja faszystowska współpracująca z III Rzeszą. I patrząc na globus, a teraz już niestety wystarczy jedynie za naszą wschodnią granicę, tak blisko nas, żeby znaleźć dowody, że nieuzasadniona śmierć, cierpienie niewinnych, wojna i chaos nie zniknie niestety nigdy z kart zapisywanych przez nasz specyficzny gatunek…

Mostem Małgorzaty przeszliśmy na drugą stronę Dunaju, skąd widok na Parlament jest znacznie lepszy. Kilkaset metrów od rzeki jest duża ilość historycznych zabudowań. Widok z Baszty Rybackiej na miasto, rzekę, jak i spacer wsórd zabudowań zamku Królewskiego jest naprawde warte poświęconego czasu. Pętlę zamknęliśmy wracając do punktu startu przez Most Elżbiety. Z licznymi przystankami i na spokojnie przeszliśmy około 11 kilometrów poznając, jak tylko się dało w tak krótkim czasie historyczne centrum.

Sobotnim przedpołudniem pojechaliśmy autem w okolice Mostu Arpada (w weekend parkingi są bezpłatne w całym mieście i bez problemu można znaleźć wolne miejsce) i spacerem odwiedziliśmy Wyspę Małgorzaty, która jest zieloną przystanią dla wielkomiejskiej budapesztańskiej społeczności. Wypełniona klombami, alejkami spacerowymi z możliwością przycupnięcia na degustację czegoś lekkiego czy cięższego (ceny są jednak zdecydowanie wyższe niż w innych częściach stolicy). Super miejsce, żeby poleżeć, zająć się nic nie robieniem. Po prostu, położyć się, spojrzeć na przedzierający się błękit nieba przez rozłożyste konary platanów usłane zielenią wiosennych liści… My niestety, nie mieliśmy na to czasu i po 2 godzinach spaceru wróciliśmy do auta i w drogę do Szentendre, gdzie i tak byliśmy około 17.

Salomon Ultra-Trail Hungary 112 - wyczekane zawody smakują lepiej...

Nawet nie pamiętałem, że w pakiecie startowym miała być koszulka techniczna co mile mnie zaskoczyło. Zaskoczyło mnie już mniej miło, że na punkt z depozytem na trasę były małe reklamówki i nie można było zostawić w niej płynów oraz butów. Dla osób lubiących pełne zabezpieczenie w postaci własnych rzeczy na trasie organizator przygotował dwa przepaki: około 35 i 64 kilometra. Obuwie lubię mieć jako rezerwę, jakby coś otarło, zalało stopę błotem od góry lub miała się zagotować, na co się tutaj zanosiło (upał + wysoka wilgotność po opadach).

Start zaplanowano na północ, co było dla mnie pewną nowością, bo zazwyczaj niedziela na zawodach to dzień wolny, lub końcówki najdłuższych dystansów czy dekoracja. A tutaj właśnie rywalizacja na 3 dystansach zaplanowana została na ostatni dzień tygodnia.

Na starcie byłem dosłownie 10 minut przed czasem, gdzie lekko truchtając z wynajętego domu zdążyłem się cały zgrzać. Po kilku kilometrach biegu przez nocne Szentendre trafiliśmy tłumnie do lasu, gdzie wydaje się maksymalna wilgotność plus temperatura rozpoczynała swoją misterną sztukę powolnego opuszczania energii ze zmagających się z węgierskim terenem biegaczy. Tradycyjnie wyprzedzało mnie dużo osób przez kilkanascie początkowych kilometrów, jednak czułem, że ta ilość jest większa niż być powinna. W trakcie nocnej rozmowy z żoną dowiedziałem się, że na 20 km byłem 87, co na ponad 250 startujących osób było dla mnie niekoniecznie optymistyczną wiadomością. Pocieszała mnie jedynie wizja, że bieganie zacznie się w połowie dystansu. Odhaczając kolejne punkty kontrolno-żywieniowe, godziny biegu mijały bardzo szybko. Pogoda na szczęście stawała się tyć chłodniejsza nad ranem, tylko po to, żeby uderzyć z całą mocą po wschodzie słońca. Do trwającego w upale aktu męki biegacza doszło najbardziej strome i długie podejście trasy. Może sama specyfika trzy-cztero kilometrowego odcinka ze wzniesieniem około pięciuset metrów nie robi wrażenia, ale to były wymagające momenty, wynagrodzone jednym z ładniejszych widoków na trasie (około 55 km). Bliżej szczytu były powykręcane, stare, niskie i rzadko rosnące dęby, które ustępowały wraz z rosnącą wysokością miejsca normalnej roślinności, dając możliwość skorzystania z pięknego widoku na przedzierający się przez pokryte gęstą zielenią góry Dunaj. Zbliżając się do mety widziałem na profilu trasy jeszcze dwie “hopki” po około 200 m każda. Po 100km ich stromość próbowała obedrzeć mnie z resztek sił jakie mi zostały po walce z 30 stopniowym upałem i sączącą się z otchłani lasu wysoką wilgotnością. Ostatnie kilometry prowadziły przez uliczki Szentendre do mety nad samym brzegiem Dunaju. O ile dosyć często będąc w stanie głębokiego zmęczenia ostatnie metry potrafią mi się piekielnie dłużyć, o tyle tym razem wizja odpoczynku i wytchnienia w cieniu trzymała mnie w całkiem dobrym stanie.

Kocham ostatnie metry pokonywać z moimi córkami. Natalka biegła z flagą Polski, a Lilka trzymając mnie za prawą rękę. Pamiątkowy medal, zdjęcie, odczyt czasu… i zostałem obłożony mokrymi ręcznikami które czekały na finisherów, po czym zaległem na kilka minut na ziemi. To było takie przyjemne… po około godzinie pojawiły się wymioty i dreszcze z uczuciem zimna. Na szczęście udar cieplny, którego się spodziewałem dał o sobie znać dopiero po ukończeniu zawodów.

Finalnie zająłem 45 miejsce konsekwentnie wyprzedzając powoli 42 osoby od 20 kilometra. Pogoda zmęczyła bardzo i nie pozwoliła na lepszy czas, który na tej dosyć nie trudnej trasie można osiągnąć. Przez trudne warunki nie przyjąłem stałego pokarmu przez całe ponad 15 godzin, poza gryzem banana i łykiem bulionu warzywnego i pomidorowej. Wypiłem za to około 17 litrów izotonika i zjadłem 15 żeli Concap. Mimo, że profil trasy tego nie pokazuje, te niewielkie pagórki mogą moim zdaniem bardziej zmęczyć niż Beskid Niski na łemkowskim bieganiu. Jeżeli szukasz górskich wyzwań i powalających widoków na każdym wzniesieniu, to nie jest bieg dla Ciebie. Jeżeli natomiast chcesz szybciej pobiegać, potrafisz wyciągnąć piękne momenty z każdego naturalnego krajobrazu czy chcesz wystartować za granicą z gwarancją, że wyzwanie Cię nie pokona to korzystaj śmiało, bo jest naprawdę w miarę blisko, a organizacja bardzo dobra.

Szentendre

W poniedziałek rano czułem się na tyle dobrze, że poszliśmy przed podróżą pokręcić się po Szentendre. Pozwoliłem sobie skosztować langosza, którego konsumpcję przez moich bliskich obserwowałem w sobotę. Bardzo smaczny placek smażony na oleju z kwaśną śmietaną, serem i czosnkiem. Więcej się nie skuszę, ponieważ czułem jego obecność w sobie przez kolejną dobę… Mimo poniedziałku i okresu przed wakacyjnego, czuć w tym miasteczku niespieszną atmosferę. Uwielbiam patrzeć na ludzi delektujących się życiem i każdym oddechem, nawet jeżeli robią to w pełni nieświadomie, to samo ich obserwowanie sprawia, że czuję się szczęśliwszy.

Jeżeli Ci się podobało, polub mój profil na Facebooku i bądź na bieżąco. Na Instagramie jest więcej treści do oglądania – zapraszam. Natomiast udostępnienie tej strony (guzik poniżej) będzie najwyższą formą wdzięczności jaką możesz wyrazić :).

W życiu amatora to jest ważny moment jak pojawia się wsparcie z zewnątrz. Kiedy obcy ludzie, idacy swoimi ścieżkami decydują się dołączyć do tej którą idę ja.

Dziękuję:

Panu Rajmundowi z Cutline – Wear Factory, ze przede wszystkim świetne techniczne ubranie, które pozwoliło mi przetrwać te zawody.

Jarkowi i Edycie z bolero-napoje.pl za dostarczenie smaczne nawodnienie na każdego dnia. Na stronie bolero łapcie 10% rabatu na cały koszyk i zobaczcie jakie to smaczne.

Grzegorzowi z odzywkidlasportowcow.pl za świetne paliwo na zawody!