• Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
  • Śledź mnie na
MAURITIUS I RÉUNION – DWIE WYSPY, JEDNA PRZYGODA
08 listopada 2025

MAURITIUS I RÉUNION – DWIE WYSPY, JEDNA PRZYGODA

Wyobraź sobie plaże z białym, koralowym piaskiem, który miękko łączy ląd z turkusowym oceanem. Miejsce, gdzie słońce odbija się w wodzie jak w płynnym szkle, a wiatr niesie zapach soli i curry przyrządzanego w lokalnych kreolskich budkach. Mieszankę ludzi, kultur i religii z dwóch kontynentów, które przez wieki stworzyły przestrzeń pełną tolerancji, otwartości i uśmiechu.
To Mauritius – wyspa, na której Afryka spotyka się z Azją, a każdy dzień zaczyna się uśmiechem beztroski.

A teraz wyobraź sobie spacer przez bezkresną, gęstą dżunglę. Tropikalna roślinność otula Cię ze wszystkich stron, a kilkumetrowe paprocie drzewiaste przenoszą w czasy, gdy po Ziemi chodziły dinozaury.
Góry wyrastają tu prosto z oceanu, strzelając w niebo i opadając pionowo w dół zapadniętych starych kraterów.
To Réunion – dzika, górska siostra Mauritiusu, gdzie każdy zakręt drogi kryje inny świat i nowe doświadczenia.

Poczuj nocny start tysięcy biegaczy z całego świata. Zanurzają się w dzikość wyspy, wśród wiwatujących mieszkańców i lokalnych muzyków. Przed zawodnikami dziesiątki kilometrów przez góry, lasy, cyrki wulkaniczne i poranną mgłę. Miejsca, do których nie da się dotrzeć inaczej niż pieszo lub z powietrza – a Ty będziesz je przemierzać biegiem, zmagając się z własnymi słabościami.
Punkty odżywcze pełne ludzi, którzy podadzą Ci kubek z rosołem i dobre słowo, bo wiedzą, że biegniesz nie tylko po medal, ale po biegowe doświadczenie życia. Atmosfera biegu jest jak z innego świata: magiczna, wyjątkowa i niepowtarzalna. Sprawia, że nie tylko w nazwie to bieg Wielki, ale też w rzeczywistości. Zostawia w tyle europejskie gwiazdy trailowego świata: UTMB, Lavaredo czy MIUT…
To Grand Raid de la Réunion – festiwal szaleństwa, odwagi i biegowej pasji.

Wbiegając na metę do stolicy wyspy, Saint Denis na Reunion w 2022 roku, płakałem ze szczęścia. Spełniłem wielkie marzenie sprzed lat. Biegowe i podróżnicze. Byłem i ciągle jestem z garstce Polaków, która ukończyła ten najdłuższy dystans festiwalu Grand Raid – wtedy 174 km Diagonale des Fousz 10500m+. To pokazało mi jak wiele w życiu jest możliwe, jeżeli naprawdę nam zależy, mamy determinację i potrafimy wybierać to co ma dla nas największą wartość, bo nie da się mieć wszystkiego. Życie to sztuka wyboru. Naszym wyborem jest życie w uśmiechu, realizacja ciekawości świata przez podróże i bieganie. Z wyboru i pasji od ponad dwóch lat dzielimy się tym co kochamy z Wami zabierając Was w podróże w miejsca, które są nam bliskie, lub które wspólnie poznajemy. W tym roku chcieliśmy jeszcze raz zobaczyć te krajobrazy i poczuć energię tych dwóch wysp, tym razem dzieląc to doświadczenie z naszymi Obozowiczami. Posłuchajcie:

MAURITIUS. Harmonia różnorodności.

Kasia, jako nastolatka, wysyłała kartki znad Bałtyku, podpisując je żartobliwie: „Pozdrowienia z Mauritiusu!”. W tamtych czasach to słowo brzmiało jak z innego świata – synonim niedostępności i egzotyki. Wyspa, o której słyszało się czasem w filmach przyrodniczych, ale nikt naprawdę nie wierzył, że można się tam kiedyś znaleźć.

Ja, choć zawsze miałem słabość do map i geografii, też nie pamiętam, by nazwa „Mauritius” przewijała się w mojej dziecięcej wyobraźni. Pojawiła się dużo później – przy okazji przygotowań do startu w Grand Raid na Reunion. Okazało się, że to nie tylko rajska wyspa o turkusowych lagunach, ale też idealne miejsce do aklimatyzacji przed zawodami. Podobny klimat co na Réunion, ta sama strefa czasowa, tropikalna pogoda – i w dodatku wszystko w znacznie niższych kosztach niż na Reunion.

Tak zrodził się pomysł, by połączyć jedno z drugim – odpoczynek i trening, egzotykę i przygotowanie do ultramaratonu. A dziś, po trzech latach, wróciliśmy tu z naszymi Obozowiczami, by znów przeżyć doświadczyć tę wyspę – już nie z mapy, ale poczuć ją wszystkimi zmysłami.

Od momentu odkrycia przez Portugalczyków w XVI wieku, na Mauritiusie mieszały się wpływy dawnych kolonialnych mocarstw – Holendrów, Anglików i Francuzów. Wyspa przedtem była niezamieszkana, dlatego do pracy sprowadzano ludzi z Afryki kontynentalnej, Indii, Chin i wielu innych zakątków Azji. Ta różnorodność stworzyła unikalny tygiel kultur, który do dziś przenika każdy aspekt życia – od religii i języka, po kuchnię, muzykę i codzienne zwyczaje.

Mieszkańcy Mauritiusu (podobnie jak Reunion) nazywani są Kreolami – ludźmi bez jednego, określonego pochodzenia etnicznego. To właśnie ta mieszanka, zamiast dzielić, stała się ich siłą. Dzięki mądremu wykorzystaniu dziedzictwa i potencjału turystycznego, Mauritius zbudował stabilną demokrację i nowoczesną gospodarkę, stając się jednym z najbezpieczniejszych i najbardziej rozwiniętych krajów Afryki – zamkniętym na małej, rajskiej wyspie otoczonej turkusową rafą koralową z każdej strony.

Podczas naszego tygodniowego pobytu odwiedziliśmy niemal wszystkie miejsca, których pominąć po prostu nie można. Zaczęliśmy od Geoparku Ziemi Siedmiu Kolorów, gdzie natura opowiada swoją geologiczną historię w barwach, jakich nie sposób znaleźć nigdzie indziej. Zdobyliśmy najwyższy szczyt wyspy w Parku Narodowym Black River Gorges, skąd roztacza się panorama na cały Mauritius – od rolniczej, spokojnej północy po dzikie, porośnięte dżunglą południe.

Dotknęliśmy historii w miejscu, które ściska za gardło – u stóp Le Morne Brabant, góry symbolu wolności, z której zrozpaczeni niewolnicy rzucali się w przepaść, wybierając śmierć zamiast utraty godności. Odwiedziliśmy stolicę Port Louis, pełną afrykańskiego chaosu i życia, gdzie w zasięgu kilkuset metrów stoją obok siebie meczet, katedra katolicka i świątynia hinduistyczna – a wszędzie witano nas z tą samą serdecznością i uśmiechem.

Spacerowaliśmy po najstarszym ogrodzie botanicznym na południowej półkuli – w Pamplemousses, założonym jeszcze w XVIII wieku przez Brytyjczyków. Popłynęliśmy na Île aux Cerfs – Wyspę Jeleni, gdzie mogliśmy na chwilę zatrzymać czas, odpoczywając na plaży jak z pocztówki. Spacerowaliśmy wsród wodospadów Tamarind Waterfalls na rzece Black River, gdzie woda i otaczająca dżungla malują bajkowy obraz.

Dotarliśmy do Ganga Talao (Grand Bassin) – świętego jeziora Hindusów, uznawanego za symboliczne przedłużenie Gangesu. Tam spotkaliśmy grupę kobiet, które dziękowały za ustąpienie choroby jednej z nich. Ugościły nas przy swoim ołtarzu, dzieląc się ofiarnym posiłkiem przygotowanym specjalnie dla nas – innym dla mężatek, innym dla panien i mężczyzn. W ich oczach widać było łzy wdzięczności – za to, że mogły podzielić się dobrem, w które wierzą, było to dla nas bardzo wzruszające przeżycie.

Naszą bazą był Flic en Flac – nadmorskie miasteczko, gdzie każdy dzień kończył się zachodem słońca nad oceanem, a poranki zaczynały od biegu po plaży. Jedliśmy w lokalnych budkach makaron, ryż i hinduskie placki roti, przesiąknięte aromatem przypraw i dźwiękami życia, które na tej wyspie płynie swoim rytmem.

RÉUNION. Wyspa wyzwania.

Réunion od pierwszego kroku przypomina, że nie jesteś tu zwykłym turystą, lecz gościem. To wyspa potężnych gór, głębokich wąwozów i zapadłych wulkanów, które miejscowi nazywają cyrkami. Tu natura gra pierwsze skrzypce, a człowiek musi się jej podporządkować, wydzierając jej tylko skrawki przestrzeni dla współczesnej cywilizacji.

Jeśli Mauritius jest wyspą harmonii, to Réunion jest wyspą wyzwań. Tu kończy się turkusowa sielanka, a zaczyna prawdziwa przygoda – w sercu tropikalnych gór i dzikich ścieżek, które wystawiają na próbę nie tylko ciało, ale i charakter. To właśnie tutaj rozgrywa się legendarne biegowe wyzwanie – Grand Raid, marzenie i zarazem koszmar ultramaratończyków z całego świata.

Ta malutka wyspa na Oceanie Indyjskim, będąca terytorium zamorskim Francji, jest miejscem absolutnie wyjątkowym. Surowa i dzika – od gęstej dżungli, przez niedostępny Cyrk Mafate, po wulkaniczne krajobrazy południowo-wschodniego wybrzeża. Choć celem naszego wyjazdu był udział w zawodach, udało się nam doświadczyć wyspy także w czysto turystyczny, pieszy sposób.

Podczas wędrówek łatwo uświadomić sobie, jak Réunion powstał – miliony lat temu wynurzał się powoli z dna oceanu, warstwa po warstwie, aż ukształtował ląd o szczytach przekraczających 3000 metrów. Stanęliśmy na krawędzi Piton de la Fournaise – jednego z najaktywniejszych wulkanów świata. Surowy, księżycowy krajobraz krateru kontrastuje z zielonością reszty wyspy. Patrząc w głąb otchłani, trudno nie poczuć pokory wobec sił natury i świadomości, jak bardzo jesteśmy wobec nich bezbronni.

Jednym z najbardziej niezwykłych miejsc, które odwiedziliśmy, był punkt widokowy Maïdo, skąd rozpościera się widok na dno zapadłego wulkanu – Cyrku Mafate, położonego ponad 1600 metrów niżej. To najbardziej niedostępny fragment wyspy. Nie prowadzą tam żadne drogi. Mieszkańcy żyją w harmonii z naturą, korzystając z jej darów, ale i akceptując trud, jaki się z tym wiąże. Działa tam jedna szkoła, a listonosz dostarcza przesyłki pieszo. Kontakt ze światem możliwy jest dopiero po kilku godzinach marszu lub drogą powietrzną – helikopterem.

To miejsce zrobiło na mnie większe wrażenie niż Wielki Kanion Kolorado. Tam natura zachwyca swoją potęgą, ale tu – w sercu tej niedostępności – naprawdę żyją ludzie. Spacerowaliśmy też wzdłuż szlaku Canalisation des Orangers, prowadzącego nad wąwozem będącym ujściem Cyrku Mafate. Zawieszony nad pionowymi ścianami i okresową rzeką, która spływa do oceanu, pozwalał chłonąć ciszę, przestrzeń i potęgę tej wyspy.

Na koniec odwiedziliśmy stolicę Saint-Denis – miasto, które łączy kolonialną przeszłość z nowoczesnością. Niska zabudowa, żeliwne balkony i koronkowe zdobienia dachów przypominają o francuskich korzeniach. Spacerując po spokojnym centrum w niedzielne popołudnie, zwróciliśmy uwagę, że prawie wszystko jest zamknięte – żadnych otwartych kawiarni czy restauracji. Tutaj niedziela to czas dla bliskich, nie dla biznesu. To proste, ale piękne. Choć przyznam – po zawodach kolację zjedliśmy z konieczności w McDonald’s. Dziękujemy Łukaszowi, Polakowi mieszkającemu na wyspie, za spotkanie, wspólny spacer jak i upominek od lokalnej administracji :).

A w trakcie? W trakcie wystartowaliśmy najliczniejszą w historii grupą Polaków w:

GRAND RAID DE LA REUNION. Wielki bieg na malej wyspie.

To była już 33. edycja festiwalu, który od lat przyciąga śmiałków z całego świata z najdłuższym dystansem – Diagonale des Fous, czyli Przekątna Szaleńców – jeden z najtrudniejszych stumilowych ultramaratonów globu. Trasa prowadzi przez całą wyspę, z południa – z Saint-Pierre – aż na północ, gdzie meta czeka na miejskim stadionie Stade de la Redoute w stolicy.

Wystartować w tym biegu to jedno, ale go ukończyć – to już zupełnie inna historia. W 2022 roku start w Diagonale des Fous był zwieńczeniem moich biegowych marzeń. W tym roku nie tylko ponownie stanąłem na starcie, ale przede wszystkim mogłem pokazać ten festiwal swoim Obozowiczom – ludziom, których część przygotowywałem do tego wyzwania przez miesiące, a nawet lata.

I pewnie nie znajdziesz relacji z tego festiwalu na polskich portalach biegowych, czy profilach społecznościowych, mimo, że w tym roku wystartowała najwieksza ilośc Polaków w 33 letniej historii festiwalu, a sam bieg ściąga najlepszych zawodników świata, szkoda… Trzy lata temu portal Run and Travel opublikował rozmowę ze mną po moim pierwszym starcie (Run And Travel).

Grand Raid to w 2025 roku cztery dystanse, cztery różne przygody na egzotycznej wyspie:

Uzupełnieniem indywidualnych zmagań jest Zembrocal Trail – czteroosobowa sztafeta o długości 151 km i przewyższeniu +9 130 m.

W ponad trzydziestoletniej historii tego festiwalu wystartowało zaledwie 21 osób z Polski – 18 z nich na dystansie 100 mil, jedna na 100 km i dwie na 70 km. Co ciekawe, pierwszą (i do niedawna jedyną) Polką, która ukończyła Diagonale des Fous, była Dorota Kasińska w 2011 roku. Dzięki nam i wysiłkowi naszych Obozowiczów statystyki te mocno się zmieniły po tegorocznym wyjeździe. Ale wszystko zaczęło się w Nicei…

To właśnie w październiku 2024 roku, podczas naszego obozu startowego Nice Côte d’Azur, opowiadając o swoim udziale w „Diagonalu”, zasiałem w Alicji i Łukaszu pierwsze ziarno pomysłu. A u nas – jak wiadomo – od pomysłu do działania droga jest bardzo krótka. Kilka kalkulacji: czy damy radę zabrać tam ludzi, czy to ma sens logistyczny, co im pokażemy… i decyzja zapadła. Lecimy.

Tak narodził się tegoroczny obóz, do którego stopniowo dołączali moi zawodnicy i inni biegacze – niektórzy zabrali nawet swoje nie startujące w zawodach żony, inni przyjechali nie po to, by startować, ale by poznać ten niezwykły kawałek świata. Start w Grand Raid to zresztą świetna alternatywa dla UTMB – obcokrajowcom stosunkowo łatwo jest się tu zapisać, w przeciwieństwie do Francuzów, którzy w losowaniu czekają latami, niczym w loterii na UTMB, a mimo to, moim zdaniem, ten festiwal bije na głowę europejskie gwiazdy trailu – pod względem organizacji, widoków, atmosfery i… trudności.

Wyjątkowość Grand Raid czuć już podczas odbioru pakietów w Saint-Pierre, gdzie nad samym brzegiem oceanu, jednego dnia, wszyscy uczestnicy odbierają swoje numery startowe. Warto przygotować się na dużo czekania, bo wszystkie dystanse odbierają swoje pakiety jednego dnia, czyli ponad 7000 biegaczy! Jednak w tym roku było dwa razy szybciej niż jak byłem za pierwszym razem. Teraz uwinęliśmy się poniżej półtorej godziny i mieliśmy anglojęzycznego opiekuna. Każdy zawodnik przechodzi dokładną weryfikację obowiązkowego sprzętu, a organizatorzy ze sponsorami nie żałują biegowych upominków. W pakiecie m.in. dostaje się dwie koszulki – klasyczny t-shirt i bezrękawnik. Zgodnie z regulaminem trzeba biec w oficjalnej koszulce od startu do drugiego punktu kontrolnego oraz od ostatniego punktu do mety – a wolontariusze na pewno o tym przypomną, gdyby ktoś po kilkudziesięciu godzinach biegu o tym zapomniał.

DIAGONALE DES FOUS. Szaleństwo w walce do końca.

Ciężko mi pisać o innych dystansach. O swoim pierwszym starcie w Grand Raid pisałem już wcześniej na blogu, jednak tegoroczna edycja pod względem trudności znacznie przewyższyła tę sprzed trzech lat. Dzięki lepszej pogodzie i przejrzystemu niebu, widoki oraz krajobrazy, których byłem maleńkim elementem, wyryły się jednak wyjątkowo mocno w mojej głowie i biegowym sercu.

Jednym z kluczowych elementów trudności i zarazem sprawiedliwości tej imprezy jest zakaz używania kijków – niezależnie od dystansu. Nie ma znaczenia, jak dobrze się nimi posługujesz i ile dają Ci przewagi na podejściach – tu każdy jest równy. Dodaj do tego 30–40% nachylenia zbiegów i podejść, podłoże z morzem przeróżnych kamieni i korzeni, liczne strumienie, bezkres zieleni, wilgotność wyciskającą pot jak z gąbki i upał, który potrafi uderzyć znienacka – i masz pełen obraz tego, czym jest Przekątna Szaleńców. Na papierze liczby wyglądają podobnie jak w UTMB – około 170 km i 10 000 m przewyższenia. Ale rzeczywistość jest inna. Mimo, że trasa co roku nieco się zmienia, wyniki najlepszych zawodników świata nigdy nie zeszły tu poniżej 23 godzin. Różnica między 20. a 30. miejscem potrafi sięgać 6–8 godzin. Dla porównania – na UTMB czołówka coraz częściej kończy poniżej 20 godzin. Tam limit czasu to niecałe 47 godzin, tu – aż 66. I mimo tego tylko 60–70% startujących dociera do mety.

17 października, w czwartek wieczorem, prawie 3000 osób ruszyło z Saint-Pierre z nadzieją na przygodę życia. Celem jest pokonanie wyspy po przekątnej, przez cyrki Cilaos i Mafate, aż do wymarzonego stadionu Stade de la Redoute w Saint-Denis. Start był podzielony na fale, a ja wraz z moją zawodniczką Alicją ruszyłem w pierwszej. Nieskończony tłum mieszkańców dopingował wszystkich z taką pasją, że mam wrażenie, iż przez 38 wcześniejszych swoich startów ultra nie widziałem tylu kibiców łącznie.

Krok po kroku, spokojnie, delektowaliśmy się atmosferą, docierając razem do pierwszego punktu. Chciałem, żeby Alicja biegła rozsądnie, a sam chciałem nie dać się na początku zbyt ponieść emocjom. Rozdzieliliśmy się na punkcie, by dalej przeżywać przygodę indywidualnie. Punkty żywieniowe? Perfekcyjne. Kibice? Nie do opisania. Wolontariusze? Serce tego biegu. Nie da się tego wszystkiego ubrać w słowa – pozostają tylko łzy wzruszenia, gdy przymykam oczy i znów jestem na Réunion.

Sport i życie są nieprzewidywalne. Zbiegając po kamienistym zboczu do Cyrku Cilaos – gdzie na 4 kilometrowym odcinku „spadamy” aż o 1100 metrów w dół – dałem się ponieść swojej miłości do technicznych zbiegów. Mimo około 70 km w nogach, czułem się świeżo, miałem zapas czasu i realną szansę na planowane miejsce w okolicach pierwszej setki. To był 69 kilometr. Jeden kamień z miliarda spotkanych na trasie, drobne potknięcie – i lecę. W locie myślę: czy to koniec biegu, biegania, sprawności… a może życia?
Ratuję się rękami, czuję uderzenie barkiem i przeszywający ból nogi. Dwóch biegaczy pomaga mi wstać, pytają po francusku, pewnie czy wszystko w porządku. Potakuję, wiedząc, że nic nie jest dobrze. Kolano zdarte, a pod nim narasta obrzęk wielkości piłki tenisowej. Nie mogę zgiąć nogi, więc schodzę powoli w dół. Dzwonie do Kasi i pytam, gdzie jest najbliższy punkt z medykami. Cisza w słuchawce. Po chwili dopiero pytanie „co się stało, czy jesteś w stanie biegać”? Do punktu było niecałe 10 km. Mózg z czasem oswaja ból – wiem, że nie ma złamania, więc idę dalej. Zawsze powtarzałem, że na zawodach walczy się do końca – i tej zasady trzymam się bez względu na wszystko. Na szczęście lekarka na punkcie mówiła po angielsku, zbadała mnie, a po wykluczeniu złamania zadała pytanie czy jestem w stanie chodzić i czy chcę wrócić na trasę. Skoro doszedłem tutaj, to wracam do rywalizacji.

Po 90 km i 17 godzinach opuściłem Cyrk Cilaos i ruszyłem w kierunku Mafate – miejsca równie pięknego, co wymagającego. To najtrudniejszy fragment trasy, gdzie na kolejnych 37 kilometrach jest aż 2900 m przewyższenia. Walka z terenem i pulsującą z bólu nogą zajęła mi ponad 10 godzin. Wychodząc nocą na krawędź cyrku Mafate, witają nas setki kibiców. By się tam dostać, trzeba pokonać 9 km i 1800 m w górę. Zabrakło mi wody, więc korzystałem razem z innymi biegaczami z tej, która spływała rurami z gór. Skończyło się podtruciem i biegunką, co dodatkowo spowolniło mnie na podejściu. Ale to już moja mała, biegowa tajemnica. Trud trasy uwidaczniał się przez dziesiątki osób, które spały po trasie po prostu na ziemi, nie czekając na odpoczynek na punkcie odżywczym.

Docieram do Maïdo, miejsca, w którym kilka dni wcześniej staliśmy z Kasią i naszymi obozowiczami, podziwiając panoramę Mafate. Teraz myślami jestem już blisko mety. 125 km i ponad 8000 m przewyższenia za mną. Kilometry zaczynają szybciej uciekać, mimo odparzeń, bólu i dziesiątek pęcherzy na stopach. Ostatni zbieg chłodzi delikatna mżawka. W końcówce mimo krańcowego zmęczenia, jakiego jeszcze nie doświadczyłem wcześniej, przyspieszam napędzany wizją odpoczynku na mecie, urywam łącznie ponad pół godziny z prognozowanego czasu od ostatniego punktu. Wbiegam wzruszony na metę z polską flagą w rękach – z Kasią i przybijając piątkę z Jagodą, Jarkiem i  Michałem, którzy również przyjechali powitać mnie na mecie. Te chwile zostaną ze mną na zawsze.

Cel sportowy zapowiadał się idealnie. Do dziś jest mi żal, że chwila nieuwagi tak zmieniła losy tego biegu. Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że równie dobrze tysiąc innych rzeczy mogło pójść nie tak i jeszcze bardziej skomplikować drogę do mety. Dziś, z perspektywy trzech tygodni, czuję przede wszystkim radość i wdzięczność, bo drugi  (z 2022 roku) i czwarty najlepszy czas w historii Polaków na „Przekątnej” należą przecież do mnie. A w tym roku organizatorzy naprawdę udowodnili, że Diagonale des Fous to jeden z najtrudniejszych stumilowych biegów świata. Zegarek pokazał na mecie ponad 184 km i  11100 m przewyższenia. Po 40 godzinach i 29 minutach zająłem 289 miejsce na prawie 3000 startujących. Tym samym jest to mój najdłuższy czas spędzony na zawodach.

Ale to moi zawodnicy dali mi najwięcej radości. Bo co może być większym sukcesem trenera niż realizacja marzeń jego podopiecznych? Alicja, z którą współpracuję od ponad dwóch lat, została drugą Polką w historii, która ukończyła „Przekątną” – w czasie 52 godzin. Marzenka jako pierwsza Polka ukończyła Trail de Bourbon (100 km i 6000 m+).
Jagoda i Jarek dołączyli do grona finiszerów La Mascareignes (70 km i 4000 m+). A nasi Obozowicze – Łukasz (Diagonale des Fous), Marcin i Krzysiek (La Mascareignes) oraz Edytka (Metis Trail) – również dotarli do mety swoich dystansów, zapisując się w historii tego niezwykłego wydarzenia.

Jedynie obozowicz Witek, niezwykle doświadczony biegacz, przegrał ze… snem – usnął między punktami po przebiegniętych 150 km, nastawiając budzik na zły dzień i spóźnił się na punkt… Cóż, takie właśnie jest nasze bieganie – nieprzewidywalne, pełne emocji, walki z granicami ciała i głowy, ale dzięki temu tak cholernie piękne. Mam nadzieję, że to go jedynie wzmocni na przyszłość pokazując, że każdy organizm ma ograniczenia, nawet w takich obszarach, które wcześniej nie sprawiały niespodzianek.

Po tegorocznej edycji liczba polskich finiszerów wzrosła z 21 do 31 osób, w tym jest 9 naszych obozowiczów. Ponadto mój zawodnik Łukasz Grzomba ukończył Diagonale des Fous w 2023. Ciesze się, że swoją pracą trenerską mogę wspierać tak duże starty swoich zawodników.

Niesamowicie miłym akcentem w tych wydarzeniach był kontakt i spotkania z Polakami mieszającymi na Reunion. Dziękujemy Marzenka, Robert i Łukasz za Wasze serce i wsparcie i do zobaczenia za rok.

Ja natomiast muszę wyrazić wdzięczność i podziw dla mojej Kasi, która z jednej strony wspierała mnie telefonicznie przez ponad 40 godzin, ale też na miejscu dbała o innych zarówno na trasie jak i na mecie. Jesteś niesamowita!

 

EPILOG

Mauritius i Reunion są naprawdę wyjątkowe. Ten wyjazd był wyjątkowy, tak jak i osoby, które nam zaufały i dały się porwać na wyprawę na drugą część świata. Drodzy turyści i biegacze – pozwólcie sobie na przygodę życia. Za rok wracamy na Mauritius i Réunion!
Dla turystów przygotowaliśmy 18 dni przygody, wędrówek i zwiedzania.
Dla biegaczy – aklimatyzację na Mauritiusie, indywidualne konsultacje, ostatnie treningi i pełne wsparcie przed startem, ale też pomoc w rejestracji na zawody. Czekają na Was wspaniałe trasy od 50 do 170 km+. To świetna alternatywa dla UTMB czy innych dużych biegowych imprez, która atmosferą i walorami podróżniczymi ma szansę zostać Waszą przygodą życia.
Ja w przyszłym roku nie startuje – ciężko jednocześnie troszczyć się o cały obóz i walczyć na trasie tak wymagającego biegu. Przynajmniej mnie jest trudno, bo ambicje sportowe są dużo wyższe i nie chcę ich, jak przez ostatnie dwa lata odkładać na bok. W trakcie zawodów będziemy dzięki temu realizować program trekkingowy, dlatego serdecznie zapraszamy zarówno biegaczy jaki i podróżników i turystów, którzy chcą poznać te dwie fascynujące wyspy Oceanu Indyjskiego. My zadbamy o całą organizację od pomocy w rejestracji na zawody dla biegaczy (zapisy startują w lutym 2026), przez wsparcie na każdym etapie przygotowań do wyjazdu. Chcesz przeżyć niezapomnianą przygodę, wystartować w magicznym Grand Raid lub zwiedzić dwie perełki Oceanu Indyjskiego to zapraszamy do kontaktu.

Nie odkładaj marzeń na później, tylko spełniaj je już dziś – opis obozu na 2026 TUTAJ.